Dyskonty dają podwyżki. Ale czas pracy jest ciągle zawyżany

Związkowcy o podwyżkach w handlu: – Jest lepiej, niż było. Ale nawet 2,6 tys. brutto to za mało za taką pracę.

- Zarobki jeszcze do niedawna były dużo, dużo niższe. Teraz się poprawia – mówi Marek Lewandowski, rzecznik prasowy Komisji Krajowej „Solidarności”.

Wczoraj o podwyżkach poinformował Lidl. Druga co do wielkości sieć dyskontów w kraju podnosi 13 tys. pracowników pensje o 7 proc. Pracownik na kasie będzie na początku zarabiał powyżej 2 tys. zł brutto. To o 20 proc. więcej niż obowiązująca w kraju pensja minimalna. Po dwóch latach kasjerka (to zazwyczaj jest kasjerka, nie kasjer, zawód jest mocno sfeminizowany) dostanie już 2,6 tys. zł brutto.

 

Kierownik sklepu, zaczynając pracę w Lidlu, będzie zarabiał powyżej 4 tys. zł brutto, a w ciągu dwóch lat jego pensja wzrośnie do 5,9 tys. brutto.

Podobnie jest w innych sieciach. W Biedronce najniższa pensja – a pracuje tu blisko 50 tys. osób – również wynosi 2 tys. zł brutto. W ciągu ostatnich pięciu lat najniższa płaca w sieci była podnoszona pięciokrotnie.

Podwyżki w tym roku? – Informacje dotyczące zmian w wynagrodzeniach każdorazowo przekazujemy w pierwszej kolejności samym pracownikom, a następnie informujemy o nich na zewnątrz, stąd nie możemy obecnie udzielić takich informacji – twierdzi Biedronka.

Rossmann? – Podwyżki mamy co roku, zawsze powyżej inflacji – mówi Eliza Panek z Rossmanna, ale nie chce ujawnić konkretnych danych. Wiadomo jednak, że ta sieć płaci jak na handel przyzwoicie.

Dla związków – bo i taka jest ich rola – to ciągle za mało. – To jest praca niezwykle ciężka i nawet 2,6 tys. brutto dla pracownika przy kasie to nie jest dużo i powinno być więcej – twierdzi Lewandowski.

Systematyczne podnoszenie zarobków w handlu – w Lidlu w ciągu ostatnich pięciu lat pensje wzrosły o ponad 40 proc., w Biedronce podobnie – to jednak przełom.

Przeciętna pensja sprzedawcy przez lata była pensją minimalną albo niewiele ponad to (obecnie najniższe wynagrodzenie to 1680 tys. zł brutto, czyli 1,2 tys. na rękę). A do tego część sieci, aby oszczędzić, nie zatrudniała ich na pełen etat, tylko na trzy czwarte – wymagając oczywiście pracy jak na pełnym. Albo korzystały z agencji pracy tymczasowej (takie osoby nie są wówczas zatrudnione w sklepie, można je więc łatwo zwolnić). Kryzys i bezrobocie im w tym pomagały.

Skąd ta poprawa? – Nie ma co ukrywać, że jest to wpływ związków zawodowych. W ostatnich latach założyliśmy organizację związkową w Tesco, Realu, Makro Cash and Carry, Lidlu – mówi Lewandowski.

A dzięki zakładaniu organizacji związkowych w poszczególnych sieciach udaje się zmienić na lepsze – jak twierdzi „Solidarność” – zasady rozliczania czasu pracy.

Choć nadal bywa, że zawyżane są liczby godzin – ludzie pracują dłużej, niż to jest wykazywane w grafiku. – Często pracownicy obarczani są dodatkowymi obowiązkami, np. nocnym układaniem towaru, sprzątaniem po godzinach bez zapłaty – oskarża związkowiec.

Maleją też w marketach problemy z przestrzeganiem prawa pracy. – Inspektorzy ujawniają je przede wszystkim w jednostkach kontrolowanych po raz pierwszy – twierdzi Danuta Rutkowska z Państwowej Inspekcji Pracy. – Z naszych kontroli wynika też, że w placówkach należących do międzynarodowych sieci handlowych stan praworządności w stosunkach pracy jest lepszy niż w placówkach prowadzonych przez przedsiębiorców lokalnych.

I tak w 2012 r. – według ostatnich dostępnych danych – inspektorzy pracy skontrolowali 97 marketów zatrudniających 8 tys. osób. Zarzuty? Towar rozkładany w ciągach komunikacyjnych, brak odzieży i obuwia roboczego.

Nieudzielenie urlopu w terminie – 39 przypadków. Brak ewidencji czasu pracy u 42 pracowników, nieprawidłowe jej prowadzenie – 101 pracowników. – Ale biorąc pod uwagę liczbę poszkodowanych pracowników, w porównaniu z ubiegłymi latami zanotowano znaczącą poprawę w tym zakresie – zaznacza Rutkowska.

Wreszcie rzadziej niż do tej pory pracownicy sklepów sieciowych muszą rozładowywać towary i dźwigać je na własnym grzbiecie. W marketach pojawiły się wózki.

Gdzie jest gorzej? W małych sklepach. Tam naruszeń przepisów jest coraz więcej. Z kontroli inspekcji pracy wynika na przykład, że właściciele małych sklepów nie znają prawa pracy (pracownicy również nie) oraz zatrudniają zbyt mało osób w stosunku do godzin otwarcia.