Związki zawodowe kontra Lidl Polska: czy z pracą w Polsce jest coś nie tak?

 

Jak postanowiłam założyć związek, warunki pracy ciągle się pogarszały. Przełożeni mówili nam, że są przecież podwyżki. Ale było coraz gorzej. Cały czas podnoszone było obłożenie pracą. Kiedyś ekipa w sklepie liczyła 30 osób, dziś ma 20 – mówi w wywiadzie Justyna Chrapowicz, szefowa Komisji Zakładowej w Lidl Polska.

 

Zdrowa gospodarka opiera się na zdrowych relacjach między pracodawcą a pracownikiem. Tych bardzo często u nas brakuje. Co innego jednak analizować problem na poziomie ogólnym, a co innego pokazać go na konkretnym przykładzie. Nie jest naszą rolą wskazywanie, kto w tym sporze ma rację. Ograniczymy się do smutnej konstatacji: ten spór to kolejny dowód, że z pracą w Polsce jest coś nie tak.

Rozmowa z Justyną Chrapowicz

Dlaczego Lidl panią zwolnił?

Za działalność związkową.

Nie wierzę, przecież to nie XIX wiek. Lidl to wielka międzynarodowa korporacja szczycąca się wysokimi standardami.

A jednak.

I to był oficjalny powód? Wypowiedzenie z powodu działalności związkowej?

Oczywiście, że nie. Oficjalne powody to bezprawne przejście na etat związkowy, fałszowanie podpisów i nielegalne akcje protestacyjne przed sklepami.

Czy zarzuty są prawdziwe?

Nie.

Zaskarżyła pani pracodawcę?

Tak. Sprawa jest w sądzie. Znając polskie realia, podejrzewam, że wyrok będzie za dwa lub trzy lata.

Jak się zaczęła pani związkowa działalność?

Jeszcze przed rokiem 2013 przyszli do mnie do sklepu ludzie z Komisji Krajowej „Solidarności” z pytaniem, czy nie chciałabym założyć związków w Lidlu. Taka myśl już wcześniej chodziła mi po głowie, ucieszyłam się więc z ich propozycji, bo zupełnie nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Podałam im numer telefonu i spotkaliśmy się u mnie w domu. I zaczęłam organizować związek.

Gdzie pani wtedy pracowała?

W jednym ze sklepów Lidla w Łodzi. Zaczynałam pięć lat temu jako pracownik sklepu, po okresie próbnym zostałam zastępcą drugiego kierownika. A rok czy półtora roku później awansowałam na zastępcę kierownika sklepu. Na moim sklepie pracowały jakieś 20–22 osoby.

Powiedziała pani kierownikowi, że robi związek?

Oczywiście, że nie. Obawiałam się, że zostanę od razu zwolniona.

Skąd ta pewność?

Bo wiedziałam, że w 2006 r. lub w 2007 r. były próby założenia związku w Lidlu. Zakładano go nocą w sklepie, ale wszystkich, którzy do niego dołączyli, zostali zwolnieni. Oczywiście nie za związki, tylko dlatego, że „pracodawca utracił zaufanie do pracownika”. Żadnym przełożonym więc nie mówiłam.

I co było dalej?

Zgodnie z prawem, gdy zebraliśmy ponad 10 osób, postanowiliśmy się ujawnić. Rzecz jasna, nie wszyscy, tylko sama komisja zakładowa, w tym ja. Zgodnie z prawem komisja zakładowa po ukonstytuowaniu informuje pracodawcę drogą pisemną o swoim istnieniu.

Pomyśleliśmy, że będziemy działać z otwartą przyłbicą i pojechaliśmy do centrali firmy w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem, by przekazać to pismo osobiście. Dość zabawna była konsternacja na recepcji, bo tam nikt nie wiedział, kto powinien nas przyjąć. W końcu pojawili się pełnomocnicy prezesa Lidla. Prezesa zresztą nie było nam dane spotkać nigdy. Oni mieli z sobą pismo, żeby przekazać im imienną listę członków związku.

Daliście?

Nie. Bo zgodnie z prawem pracodawca nie może tego wymagać. Na tym pierwsze spotkanie się skończyło. Wróciliśmy do domu.

A pani do pracy?

Problemy zaczęły się niemal od razu. Mój przełożony zaczął częściej przyjeżdżać na moje zmiany i częściej mnie kontrolować. Coraz częściej musiałam pisać oświadczenia, dlaczego nie zrobiłam tego albo zrobiłam tamto. Przez kilka lat pracy w firmie nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek musiał pisać takie oświadczenia. Ale w sumie dało się to przeżyć.

Co było dalej z samym związkiem?

Zaczęła się korespondencja z centralą. Typowa gra na czas. Ciągłe domaganie się imiennej listy członków, podawanie w wątpliwość naszego istnienia. Ale z pomocą centrali „Solidarności” obalaliśmy ich argumenty. Po trzech miesiącach pracodawca zgodził się na spotkanie. Trwało pięć godzin. Nic ważnego nie udało się ustalić. Na kolejnym spotkaniu przekazaliśmy problemy, które zgłosili nam pracownicy. Czyli to, o co w tej całej związkowej działalności od początku chodziło.

No właśnie, czego się domagaliście jako związek?

Najważniejszą rzeczą, która nas boli, jest niskie zatrudnienie na sklepach i centrum dystrybucji. Gdyby ten problem udało się rozwiązać, zlikwidowałoby to większość naszych problemów. Oznaczałoby, że będziemy mogli normalnie pracować. A nie siedzieć po 10–12 godzin w pracy. Zaczniemy mieć jakieś życie prywatne. Osoby z małymi dziećmi nie będą musiały się co dnia zastanawiać, czy uda im się odebrać je na czas z przedszkola. Druga sprawa to wydawanie urlopów w zaplanowanym terminie. A nie tak, jak to teraz wygląda, że parę dni przed urlopem dowiadujemy się, że jednak nie możemy na niego iść. Bo jest mało ludzi. I nigdy do końca nie wiemy, kiedy ten zaległy urlop dostaniemy. Albo wydawanie nadgodzin w dniach wolnych. Ale też na takiej zasadzie, żeby to było jak najwygodniejsze dla pracodawcy. W sumie więc chodziło nam o przeciążenie pracą, które od kilku lat stale się zwiększa. A kierownicy powtarzają tylko, że to chwilowe i że sytuacja zaraz się unormuje. W końcu przychodzi to „zaraz” i jest jeszcze gorzej, bo firma śrubuje sobie wskaźniki wydajności.

A postulaty płacowe?

Nie mieliśmy żadnych! Nie chcieliśmy podwyżek, bo firma je daje co roku. My tylko chcemy zwiększenia zatrudnienia, żeby dało się w Lidlu normalnie pracować. Choć w tym temacie wyszła przy okazji ciekawa rzecz.

Jaka?

Gdy przekazano nam na drugim spotkaniu Regulamin pracy i wynagradzania, okazało się, że nasz pracodawca nie tworzy Funduszu Świadczeń Socjalnych, choć powinien. Zaczęliśmy się więc o to dopytywać. Wtedy Lidl poinformował, że w 2010 r. zorganizowano wewnątrzfirmowe wybory przedstawiciela pracowników. I ten przedstawiciel w imieniu 12 tys. zatrudnionych zrzekł się tego funduszu. Problem w tym, że ani ja, ani nikt, kogo znam, nie słyszał nigdy o tych wyborach, ani o tym przedstawicielu. Nie jest znany z imienia i nazwiska, nie ma do niego telefonu. Nic. Tak, jakby ktoś został wybrany, zdjął z pracodawcy obowiązek tworzenia funduszu, a potem zniknął. Gdy poprosiliśmy o dokumentację wyboru tego przedstawiciela, pracodawca powiedział, że trzymał ją przez rok, ale już jej nie ma. Ciekawy będzie teraz dalszy rozwój wypadków. Bo skoro Lidl mówi, że wybiera takiego przedstawiciela raz na cztery lata, to do końca 2014 r. musi wybrać kolejnego. A po kryjomu już tego nie zrobi, bo w firmie działa związek.

Czy kolejne spotkania z pełnomocnikami Lidla przyniosły przełom?

Nie bardzo. Oni się uśmiechali i wciąż nas pytali, o co nam w ogóle chodzi. Przecież Lidl to taki świetny pracodawca. Jest telefon zaufania. Jest komórka do spraw personalnych. Po co od razu związek? Moja ocena jest taka, że oni ani przez moment nie traktowali nas poważnie. Spotykali się, by powiedzieć potem w mediach: „Ale o co chodzi? Przecież rozmawiamy ze związkiem”. W odpowiedzi na nasze najważniejsze postulaty twierdzili, że Lidl ma swoje własne procedury i będzie działał w ich ramach.

Jakiś przykład?

Wręczyliśmy im nasz projekt porozumienia, który miał regulować tak podstawową kwestię, jak sam sposób funkcjonowania związku w ramach firmy Lidl. Odpowiedzieli pismem, które było jak dyktat: dostaniemy na potrzeby związku pomieszczenie socjalne, ale w Koninie, czyli 100 km od mojego miejsca zamieszkania. Do tego pracodawca będzie sprawdzał naszą korespondencję oraz samo pomieszczenie. Jeśli ujawnimy tajemnice firmy, zapłacimy karę w wysokości 500 tys. zł. I to płatnych w ciągu 7 dni. Składki członkowskie Lidl też będzie odprowadzał, ale odpłatnie. Wrócił też temat imiennej listy członków. Odrzuciliśmy więc to porozumienie. A oni byli tym faktem bardzo zdziwieni.

Ile osób należy dziś do związku?

Już 160.

To całkiem sporo. Nie braliście pod uwagę wejścia w spór zbiorowy?

Braliśmy. I wtedy nastąpiło ostateczne uderzenie. Na początku grudnia wysłaliśmy do pracodawcy pismo z dwoma postulatami. Pierwszy: aby po trzymiesięcznym okresie próbnym pracownicy przechodzili na umowę na czas nieokreślony. Drugi dotyczył powołania Funduszu Świadczeń Socjalnych. Odpisali, że chcieliby o tym porozmawiać. Padła data 20 grudnia. Ani ja, ani mój zastępca nie mogliśmy wtedy pojechać. Wysłaliśmy wyjątkowo naszych pełnomocników. Jak mi później opowiadano, przedstawiciele pracodawcy mieli przygotowane nasze wypowiedzenia. I w ogóle nie chcieli rozmawiać o meritum. Mój kolega dostał je następnego dnia u siebie w sklepie. Ja dostałam je pocztą.

Była pani zdziwiona?

Moim zdaniem Lidl dokonał prostej kalkulacji. Co mu się bardziej opłaca: czy zgodzić się na postulat związku i utworzyć Fundusz Świadczeń Socjalnych, czy zwolnić dwie osoby. I wybrali na zimno to drugie. Bo cóż z tego, że wygramy w sądzie za te 2–3 lata? Najwyżej wypłacą nam tę zaległą pensję. Ale koszty tego będą dużo niższe. A dzięki uderzeniu w nas może się jeszcze udać zastraszyć związek i zmusić go do uległości.

I co dalej?

Związek działa nadal, nadal jestem jego szefową. Dostałam zapomogę z „Solidarności”, dzięki której mogę płacić rachunki i mieć co jeść. Gdyby nie ona, musiałabym natychmiast szukać nowej pracy. I gdybym znalazła nowy etat, to zgodnie z prawem konieczna byłaby rezygnacja z działalności związkowej w Lidlu. W tym sensie więc pracodawca by wygrał. Działając brutalnie, ale skutecznie. I tak by się skończyła „Solidarność” w tej firmie.

I było się wychylać?

Jak postanowiłam założyć związek, warunki pracy ciągle się pogarszały. Przełożeni mówili nam, żeby wytrzymać i że są przecież podwyżki. Ale było coraz gorzej. Bo co nam po podwyżkach, skoro cały czas podnoszone było obłożenie pracą. Kiedyś ekipa w sklepie liczyła 30 osób, dziś ma 20, a za parę lat pewnie spadnie do 15. Trzeba było się temu przeciwstawić. I powalczyć o elementarny szacunek dla pracownika. Teraz mam przynajmniej przekonanie, że coś zrobiłam.

 

***

 

Lidl Polska odpowiada

Lidl Polska prowadzi w ogólnopolskich mediach kampanię, w której przedstawia się jako znakomity pracodawca. Jednocześnie ta sama firma pod koniec grudnia zwolniła z pracy kilka osób zaangażowanych w budowanie wewnątrz firmy legalnych związków zawodowych. Jak pogodzić te dwa wizerunki?

Zwolnienie dotyczyło 2 osób. Przyczynami dyscyplinarnego rozwiązania umowy o pracę z Justyną Chrapowicz, która w toku zatrudnienia korzystała z etatu związkowego, oraz z jeszcze jedną osobą było posługiwanie się w imieniu organizacji związkowej wobec pracodawcy podrobionymi dokumentami oraz zorganizowanie nielegalnych akcji protestacyjnych. Niezależne ekspertyzy kryminalistyczne wykazały, że na dokumentach przekazywanych pracodawcy przez Komisję Zakładową znajdowały się sfałszowane podpisy. O sprawie zawiadomiliśmy organy ścigania, mając na celu rzetelne jej wyjaśnienie, co było naszym moralnym i prawnym obowiązkiem. Podkreślam, że w podobnych sytuacjach w ten sam sposób postąpilibyśmy z innymi pracownikami, niezależnie od ich przynależności do związków zawodowych. Aktualnie realizowana kampania w mediach, o której pan wspomina, ma związek z podwyżkami pensji, które od 1 marca bieżącego roku dostali wszyscy nasi pracownicy. To forma podziękowania za pracę i zaangażowanie włożone w rozwój firmy w ubiegłym roku obrotowym. Dzielimy się z pracownikami tym, co osiągamy dzięki nim, nagradzamy wszystkich, którzy pracują na sukces firmy. Nie dostrzegamy w tym działaniu rozdźwięku dotyczącego wizerunku.

Czy władze Lidl Polska uważają, że w ich firmie nie ma miejsca dla związków zawodowych? Czy nie dostrzegają, że taka platforma dopuszczenia współpracowników do decydowania o polityce firmy może działać również na korzyść całej firmy?

Oczywiście. Jesteśmy tego świadomi. Akceptujemy wszelkie działania prowadzone zgodnie z prawem, natomiast nie zamierzamy tolerować łamania prawa. Konieczność stosowania się do obowiązującego prawa zapisana jest w dokumencie Filozofia firmy, do którego przestrzegania zobowiązują się na piśmie wszystkie osoby podejmujące pracę w sieci Lidl. Nie ingerujemy więc w działalność związkową naszych pracowników i nie blokujemy ich działalności w tym obszarze, o ile tylko jest ona zgodna z prawem.

Czy centrala firmy Lidl w Niemczech zna i pochwala prowadzoną przez firmę Lidl Polska politykę konfrontacji ze związkiem zawodowym oraz wyrzucanie z pracy jego funkcjonariuszy?

Lidl Polska w ramach prowadzonej działalności gospodarczej kieruje się przepisami prawa obowiązującymi w Polsce.

Przedstawiciele działającej w Lidlu Polska „Solidarności” twierdzą, że ich działalność była od początku sabotowana przez szefostwo firmy. A prezes nigdy nie znalazł czasu, by się ze związkowcami spotkać. Czy to prawda?

Lidl Polska nigdy nie utrudniał żadnemu ze swoich pracowników wstąpienia do organizacji związkowej ani działania w jej ramach. Trzeba mieć na względzie, że pracownicy wstępujący do struktur związkowych nie mają obowiązku informować nas o tym fakcie, a organizacja zakładowa również nie przekazała pracodawcy imiennej listy członków organizacji. Tym samym w zasadzie wszyscy pracownicy angażujący się w działalność związkową pozostają dla nas anonimowi.

Z całą stanowczością chciałabym podkreślić, że nadal pozostajemy otwarci na prowadzenie dialogu ze stroną pracowniczą, reprezentowaną również przez organizację związkową, pomimo iż zrzesza ona nielicznych spośród ok. 13 tys. pracowników firmy. Dowodem tego jest także powołanie przez pracodawcę specjalnego zespołu do spraw współpracy ze związkiem zawodowym, który jest zobowiązany do utrzymywania kontaktów z organizacją związkową i ma odpowiednie pełnomocnictwa w tym zakresie, które zostały przekazane przedstawicielom związków zawodowych. Spotkania pomiędzy przedstawicielami pracodawcy i organizacji związkowej odbywają się regularnie i zgodnie z ustalonym harmonogramem. Naszym celem jest wypracowanie satysfakcjonujących obie strony zasad współpracy w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Jest to zgodne z postulatami Komisji Zakładowej, w świetle czego niezrozumiałe są sytuacje wskazujące na pozorną tylko wolę prowadzenia dialogu z pracodawcą i osiągnięcia porozumienia, np. informowanie pracodawcy przez organizację związkową o terminie spotkania jedynie dzień wcześniej, a następnie niestawienie się na nim członków Komisji Zakładowej, co wskazuje na lekceważenie nie tylko pracodawcy, lecz także pracowników reprezentowanych przez związek.

Związkowcy twierdzą również, że ich postulaty nie zostały nigdy przez firmę poważnie rozpatrzone. Chodzi tu głównie o likwidację problemu niedoboru pracowników (przez co zatrudnieni pracują po 10 godzin dziennie).

Postulaty organizacji zakładowej jeszcze przed jej utworzeniem były – i w dalszym ciągu są – ważnymi sprawami dla pracodawcy. Tylko w ubiegłym roku zatrudnienie wzrosło o 15 proc., co oznacza, że realnie pracę zaczęło u nas 2 tys. nowych pracowników. Plany na ten rok są podobne, a więc do grona ponad 13 tys. obecnych pracowników dołączy 2 tys. nowych. To zapewnia optymalną liczbę osób zatrudnionych np. w sklepach.

Chcieli też rozmawiać o większym wpływie pracowników na organizację pracy, co ich zdaniem mogłoby ją zracjonalizować.

Zdanie pracowników, ich opinie, sugestie i uwagi są dla nas bardzo ważne. Regularnie spotykamy się z pracownikami m.in. sklepów, rozmawiamy z nimi, a odbywa się to poprzez wyznaczonych do tego kierowników do spraw personalnych. To osoby z dużą wiedzą w obszarze HR, która pomaga im jak najlepiej identyfikować problemy pracowników i je rozwiązywać. Wszystkie uwagi pracowników, które trafiają do nas po takich spotkaniach, są szczegółowo rozważane przez pracodawcę, a na ich podstawie podejmowane są konkretne decyzje.

A co z postulatem powołania w Lidlu Funduszu Świadczeń Socjalnych?

Rozwijamy także pakiet socjalny. Już w tej chwili wszyscy pracownicy, niezależnie od stanowiska, objęci są bezpłatnym ubezpieczeniem zdrowotnym Medicover, z dostępem do lekarzy ponad 20 specjalizacji. Od ubiegłego roku ubezpieczeniem mogą zostać objęci członkowie rodzin naszych pracowników. Pakiet socjalny to także m. in. bony na święta i paczki świąteczne dla dzieci oraz wyprawki dla pierwszoklasistów.

Czy biorąc pod uwagę wizerunek firmy, nie byłoby rozsądniej znaleźć z pracownikami jakiś kompromis, zamiast iść na wojnę z legalnie istniejącym związkiem zawodowym?

Chcemy dialogu i do niego dążymy. Sprawa zwolnienia dyscyplinarnego dotyczy wyłącznie dwóch przedstawicieli związku zawodowego, co do których istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa, co nie może być odbierane jako niechęć do osiągnięcia porozumienia. Przeciwnie, oczekujemy konstruktywnej, merytorycznej rozmowy z partnerami, którym zależy na dobrym i stabilnym środowisku pracy i którzy respektują prawo. Jesteśmy przekonani, że tego samego oczekują wszyscy rozmówcy, siadający do jednego stołu.

Odpowiedzi zostały nam udzielone drogą e-mailową przez Patrycję Kamińską, PR managera firmy Lidl Polska

 

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna